Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

10.10.2018

Lądek, jakiego nie było

Lucyna Lewandowska
(fot. Lucyna Lewandowska )

Wspomnienie tragedii na Shivlingu sprzed dwóch lat, wykonanie piosenki „Gdzieś na szczycie góry” przez Grubsona na koniec wzruszającego wieczoru o Tomku Mackiewiczu, pokazy Adama Bieleckiego oraz niezawodnych Nico Favresse’a i Seana Villanueva, a także pominięte nieco w programie spotkanie z twórcami filmu o Macieju Berbece – to naszym zdaniem najmocniejsze punkty tegorocznego Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju. O Gali Złotych Czekanów celowo nie wspominamy, bo to marketingowy samograj.

Tomasz Cylka

 

XXIII Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju był wydarzeniem, jakiego w naszym środowisku jeszcze nie było. Oczywiście ściągnięta przez Macieja Sokołowskiego i Piotr Drożdża Gala Złotych Czekanów, czyli najważniejszych nagród wspinaczkowych na świecie, była wydarzeniem bez precedensu. Ale mylił się ten, kto sądził, że przyćmi ona inne ważne punkty programu. Nic takiego się nie stało. Mało tego, uważam, że wiele spotkań zrobiło o wiele większe wrażenie niż dopracowana do każdego szczegółu wspinaczkowa gala. Dopracowana, może z wyjątkiem tańczącego dżentelmena w kapelusiku, który roznegliżowany do połowy wzbudzał entuzjazm publiczności, tańcząc do popowego kawałka na latarni. Co prawda występujący Łukasz Świrek zdobywał kiedyś wysokie miejsca we wspinaniu na czas, ale zaprezentował się od strony akrobacji na rurze, co naprawdę wzbudziło mocno mieszane odczucia wśród publiczności. Czy naprawdę nie mogliśmy pokazać światu jakiejś prawdziwej polskiej perełki?

Co zatem na pewno zostanie w pamięci z tegorocznej edycji?

 

Kulisy akcji ratunkowej na Shivling 2016 – spotkanie z Januszem Gołąbem, Maćkiem Ciesielskim, Kacprem Tekielim, Andrzejem Życzkowskim. Piątkowe przedpołudnie to nie jest na pewno najlepsza pora na wypełnienie ponad 2-tysięcznego Wielkiego Namiotu. Ale to dobrze, bo na tym jedynym w swoim rodzaju wspomnieniu tragicznych wydarzeń sprzed dwóch lat, gdy na Shivlingu w indyjskich Himalajach Gharwalu życie straciło dwóch wspinaczy – Grzegorz Kukurowski i Łukasz Chrzanowski, nie było ludzi przypadkowych. Przyszli ci, którzy naprawdę chcieli.

To była wyprawa, która odbywała się z dala od medialnego szumu. Nie było tu telewizyjnych kamer, facebookowych łączeń na żywo i telefonów do bazy od wszystkich redakcji świata. Trzy zespoły młodych polskich wspinaczy ruszyły w dziewicze tereny, by szukać nowych wyzwań i realizować swoje cele. – Nic nie zapowiadało tragedii. Byliśmy zgraną ekipą, bawiliśmy się, rozmawialiśmy – podkreślał wiele razy Andrzej Życzkowski. Po kilku dniach wspinaczki Kukurowski i Chrzanowski utknęli w partiach podszczytowych drogi czeskiej na Shivlingu na wysokości około 6300 metrów n.p.m. Ich koledzy, którzy działali wtedy w innych miejscach, rozpoczęli akcję ratunkową. Zaczęto organizować lot śmigłowca, część ekipy wyruszyła na pomoc od dołu, wchodząc w trudną ścianę. – Nigdy w życiu tak się nie bałem – przyznał Maciek Ciesielski.

Grzesiek Kukurowski zmarł pod szczytem. Łukasz Chrzanowski rozpoczął samotne zejście. – Niestety, mimo naszej presji pilot śmigłowca ratowniczego nie podjął Łukasza. Stwierdził, że nie da rady – opowiadał Janusz Gołąb, który znajdował się wtedy na pokładzie helikoptera. Gdy idący od dołu na pomoc Kacper Tekieli był od Chrzanowskiego mniej więcej 150 metrów, ten odpadł od ściany. Gdy koledzy dotarli do niego, jeszcze żył. – Umarł mi na rękach – przyznał na scenie Tekieli. Gołąb opowiadał jeszcze, jak wiele kosztowało go sprowadzenie ciała Łukasza do Polski, np. na dachu jeepa. – Wiedziałem, że sam muszę wszystkiego dopilnować – przyznał.

To była niesamowita opowieść przyjaciół, którzy nie mogą do dziś pogodzić się z tym, co się stało. Wyważona, spokojna rozmowa, ale z wyczuwalnymi emocjami w głębi. Gdy na koniec prezentacji na scenę wyszła Basia, żona Łukasza, która bez względu na wszystko musiała stanąć na wysokości zadania i zająć się samotnym wychowaniem trójki dzieci, niejeden ze słuchaczy ocierał łzy z oczu. Ale bynajmniej nie o tego typu emocje w tym spotkaniu chodziło. Dzięki prowadzącemu, Michałowi Olszańskiemu z radiowej Trójki, udało się przeprowadzić niezwykle merytoryczne i pozbawione sensacji spotkanie. Nawet w 2013 roku, kiedy w Lądku-Zdroju rozmawiano o tragedii na Broad Peaku, nie czułem takich emocji jak teraz.

 

„Gdzieś na szczycie góry…” – spotkanie poświęcone Tomkowi Mackiewiczowi. Siedząc w drugim rzędzie i patrząc z bliska na przyjaciół zmarłego w tym roku na Nanga Parbat Tomka Mackiewicza, miałem bardzo mieszane uczucia. Odpowiadająca ogólnikami Elizabeth Revol, która była z Tomkiem niemal do końca, na pewno nie jest jeszcze gotowa na tego typu spotkania. Do rozmowy wniosła niewiele, choć pewnie jej obecność była w tych okolicznościach obowiązkowa. Były partner wspinaczkowy Tomka, Marek Klonowski, ma z kolei specyficzny tok narracji. I bynajmniej wcale mi on nie przeszkadza, bo gdy kilka lat temu obaj byli w Lądku-Zdroju, ich prezentacja wyglądała właśnie tak, jak teraz opowiadał o Mackiewiczu Marek: przyciszonym głosem, ze specyficznym poczuciem humoru. Ale wielu moich znajomych taki swobodny tryb wypowiedzi mocno irytował.

Na szczęście żona Tomka, Anna Solska-Mackiewicz, z córką Zoją na kolanach, opowiadała o mężu z wielkim przejęciem i tak naprawdę to ona uratowała ten wieczór. A gdy na koniec Grubson zaśpiewał „Gdzieś na szczycie góry…”, utwór, który od kilku lat kojarzy się z projektem Nanga Dream, owacja na stojąco była oczywista.

 

Adam Bielecki „Gasherbrums Explorations 2018”. W poprzednich lądkowych edycjach festiwalu podczas pokazów w niedzielne popołudnie bardzo często wiało już pustką. W tym roku publiczność nie zawiodła. Tym bardziej, że Adam Bielecki przygotował nie lada gratkę, bo premierowy pokaz z tegorocznej wyprawy na Gaszerbrum I. Pamiętam jeden z pierwszych pokazów Adama w Lądku-Zdroju. Wrzesień 2012 roku, publiczność ściśnięta w socrealistycznym Kinoteatrze przysłuchuje się, jak Bielecki „stoi w korku” na K2. Już wtedy było wiadomo, że Adam ma wielki talent do prezentacji na żywo, ale dziś osiągnął najwyższy stopień doskonałości. Inni powinni się od niego nauczyć, jak nie zanudzić publiczności niewyspanej po imprezie integracyjnej.

„Notes From The Wall” i spotkanie z bohaterami filmu: Nico Favresse’em i Seanem Villanueva. Francusko-belgijski zespół nigdy Polakom się nie znudzi. Prezentacja z „łojanckiej wspinaczki”, połączona z gitarą i śpiewem na żywo, też jest klasą samą w sobie. Poczucie humoru, jakie mają ci przesympatyczni wspinacze, idealnie trafia w gusta publiczności. „Dodo’s delight” jest już hitem górskich festiwali i jeszcze długo będzie.

 

„Broad Peak” – jak powstaje film o Macieju Berbece. To jest jedno z tych spotkań, które przez lądecki festiwal przeszło niemal niezauważone. A szkoda. Bo twórcy filmu o Macieju Berbece objeżdżają teraz niemal wszystkie telewizje śniadaniowe i opowiadają o rzeczach mniej lub bardziej ważnych. A w Lądku, zamiast mówić o głupotach, zdobyli się na szczerą rozmowę o górach i Maćku Berbece. Kto nie był, niech naprawdę żałuje.

Co jeszcze? Nie ma niestety miejsca, żeby o lądkowych atrakcjach pisać bardziej szczegółowo. Odnotuję jeszcze, że wielką i zasłużoną owację otrzymały Cholitas Escaladores, czyli boliwijskie gospodynie chodzące po górach w regionalnych strojach oraz Andrzej Bargiel za swoją prezentację o zjeździe z K2 i Anna Czerwińska podczas swojego benefisu. Oklasków nie zabrakło też podczas spotkania na temat Zimowej Narodowej Wyprawy na K2, choć nie dowiedzieliśmy się z niej niczego, o czym wcześniej nie słyszeliśmy. Natomiast porażką był panel „Kobiety w górach”. Panie mówiły o rzeczach bardzo ważnych – na przykład, dlaczego kobiety są pytane o łączenie macierzyństwa ze wspinaczką, a panom nigdy nie stawia się pytań o korelację rodziny z pasją. Ale zaproszenie na wielką scenę aż siedmiu panelistek, gdy połowa wypowiedzi musi być tłumaczona, bo to w końcu festiwal międzynarodowy, było nieporozumieniem.

To była historyczna edycja Festiwalu Górskiego w Lądku-Zdroju. Podczas koncertu Strachy na Lachy słyszałem co prawda takie opinie, że nie ma już tutaj rodzinnej atmosfery jak przed laty. Rzeczywiście, to już nie są te edycje, gdy 500 osób siedziało ściśniętych w Kinoteatrze. Ale jeśli impreza miała nie upaść, tylko stać się wydarzeniem o światowym charakterze, nie było innego wyjścia. Mnie to nie przeszkadza, choć zgodzę się, że takich imprez integracyjnych jak w Geovicie już nie ma i chyba nigdy nie będzie.

 

Zobacz aktualności

Zobacz też